MarUla – tak się nazywa – sezon 2021

Sezon rozpocząłem dosyć późno, bo znowu, o zgrozo, kwiecień 2021 był najzimniejszym kwietniem od kiedy rozpoczęto pomiary i prace w łódce i przy łódce były odsuwane na „aż zrobi się ciepło”. W tym roku przed wodowaniem wyjątkowo nic nie zrobiłem. Naprawdę. Zdjąłem plandeki, rusztowanie, odkurzyłem, włożyłem materace, wszystko umyłem i to wszystko. I tak 20 maja dotknąłem wody. Plan na sezon był bardzo ambitny. W planach 3 tygodnie wakacji na Zalewie Szczecińskim, a wcześniej łapanie mocniejszych wiatrów na naszej „zalewajce”, aby poćwiczyć refowanie, szybkie zrzucanie żagli, stawanie w dryf, ustawienia miecza i steru, aby łódka było samosterowna, etc..

Także czas do wakacji upłynął dość szybko, tym bardziej, że Covid dalej wymuszał na nas pracę zdalną, a wiadomo, jak praca zdalna, to tylko z łódki, najlepiej gdzieś w krzakach z dobrym zasięgiem, albo bardziej luksusowo przy miejskiej kei w Serocku.

W tym roku w ramach przygotowanie do wakacji zamiast przy łódce porobiłem trochę przy przyczepie, a właściwie tata porobił, 😉 Ja tylko trochę pomagałem. Hamulce, smarowanie, poprawienie rolek. I tak pod koniec lipca wyjąłem MarUlę z wody i następnego dnia o czwartej rano oddałem cumy i w drogę na Szczecin. Trochę się obawiałem, że będę jechał i jechał, ale okazało się, że jak się jedzie cały czas 90 km/h, to jedziesz jak TIR’owiec między tirowcami i wiesz co to oznacza jak musisz wyprzedzić innego TIR’a, który jedzie 88 km/h, a Ty jadąc 96 km/h przekraczasz dozwoloną prędkość, widzisz sznur „wku…..ych” kierowców wyścigowych za Tobą, a do tego zaczyna cię wozić. 🙂 Sama droga do Szczecina to cały czas dwupasmowa autostrada, równa jak stół, za który trzeba zapłacić w jedną stronę 180 PLN. (zestaw < 3,5 tony). Fajnie, że moja „renówka” ma tempomat, dzięki któremu droga wydaje się spokojniejsza. Także po 8 godzinach dojechał nad jezioro Dąbie w Szczecinie do Centrum Żeglarstwa. Tam chlup do wody prosto ze slipu. Super Pan bosman wszystko ogarnął, przyczepę odstawił, miejsce wskazał, a małżonka za wszystko zapłaciła. Postawiłem maszt, zamocowałem bom, coś tam posprawdzałem, wypiłem jednego GzT (Dżin z Tonikiem) za pomyślne rozpoczęcie wakacji i padłem o 19.

Następnego dnia po 14 godzinach snu, wypłynąłem. I jak to zwykle bywa, pod wiatr, a wiało dosyć rześko z N-W. Także na początek halsówka z myślą odwiedzenia Lubczyny, ale wiatr zdechł i w myśl zasady nigdzie się nie spieszę stanąłem sobie w urokliwym miejscu zwanym Zakątkiem, których jest na Golęcinie-Gocławiu bodajże cztery. Padło na Zakątek Orły.

Następnego dnia obowiązkowo popłynąłem do Szczecina zobaczyć zlot żaglowców. Co prawda Tall Ship 2021 został odwołany (Covid), ale było na czym oko zawiesić. Miejsce w marinie złapałem dosłownie w ostatniej chwili.

Pamiętajcie, zawsze trzeba mieć zapas stoperów do uszu firmy 3M (to nie jest reklama, lepszych nie znam). Nie wiadomo, czy trafi się na chrapiącego obok w koi czy na wyjące do 5 rano wesołe miasteczko i dzikie tłumy przewalające się przez okolice mariny (były też koncerty). Także na nic nie narzekający, wyspany i wypoczęty, pospiesznie oddałem cumy z tego jakże uroczego miejsca z zamiarem „dozwiedzania” Szczecina w innym czasie, co się wkrótce przydarzyło, ale o tym później. Czas spotkać się z przyjaciółmi, którzy odebrali już na Wolinie wyczarterowany jacht wątpliwej urody (wg mnie oczywiście) 🙂 i po wielu manewrach wprowadzających i zapoznawczych z łódką, skierowali się do Stepnicy, gdzie i Ja skierowałem dziób MarUli.

W Stępnicy mnie zastała, a drugą łódkę przywitała, przy wchodzeniu do kanału Młyńskiego, burza. Trochę przemoczeni, po pysznej kolacji i powitalnym wieczorku, następnego dnia zrobiliśmy skok do Nowego Warpna. Oczywiście znowu halsówka. Miasto takie trochę puste, trochę tak bez wczasowiczów, jakoś tak mało ludzi, generalnie myślałem, że to już wrzesień. Myliłem się. Grozę pustych ulic i braku jakiejkowiek bytności homo sapiens miałem doświadczyć dopiero w niemieckich miasteczkach. 😀

Następnego dnia wypłynąłem na zielony przestwór oceanu, gdzie MarUla nurzała się w zieloności, omijając na szczęcie ostrowy burzanu. Generalnie słabo to wyglądało, o kąpieli mowy być nie mogło. Na domiar złego po jakiejś godzince od wypłynięcia zaatakowały nas stada meszek w ilościach przypominających którąś z plag egipskich. Totalna flauta , silnik, i meszki, i upał i ta zielona – przekwitła woda. .. Słabo.. No ale gdzie my płyniemy ? Ano płyniemy do Usedom, miejscowości na wyspie Usedom czyli Uznam.

Niedaleko przed celem, trochę się rozwiało, nawet zdążyłem postawić foka. Ciężko jest znaleźć wejście do kanału płynąc zalewem z południowego-wschodu. Ktoś oznaczył wejście zieloną bójką na tle zielonych trzcin. Trzeba mieć oczy ornitologa, aby to wypatrzyć. Pierwsze niemieckie miasteczko na szlaku naszych wakacji. Marina nówka sztuka, niejeden morski port nie powstydził by się takowej. Natomiast ludzi troszkę mniej niż w Nowym Warpnie, ale jak na niemieckie miasteczko, tłumy. Aha, po raz pierwszy skosztowaliśmy tutaj matiasa w bułce, czyli Matias mit Brötchen. Dla mnie przepychotka.

Kolejny dzień zapowiadał się słonecznie i wietrznie i takim go zastaliśmy. Wypłynęliśmy wcześniej rano, bo mieliśmy ambitny plan zdążyć na otwarcie mostu, znaleźć fajną miejscówkę na mierzei niedaleko Koserowa i spędzić nad morzem więcej niż jeden dzień. Droga była długa, na koniec od morza bardzo się rozwiało oczywiście prosto w twarz i właściwie całe Achterwasser przepłynąłem na silniku. Za to stanęliśmy w cudownej, klubowej enerdowskiej przystani z najpiękniejszą sławojką jaką widziałem. Jedyny mankament, to brak wody na przystani, nawet malutkiego kranika.

Po dwóch dniach plażingu i zwiedzaniu Koserowa i okolic zerwaliśmy się skoro świt aby zdążyć na otwarcie kolejnego mostu. Tym razem w Wolgascie. Nie zdążyliśmy. 🙂 Dzięki temu zwiedziliśmy przepiękne miasteczko po polsku brzmiące Wołogoszcz. Na pewno tej nazwy używają wszyscy Niemcy. Miejski port godny polecenia oraz miejscowe kulturalne koty (nawet tak samo chodzą ubrane). Niedaleko portu budka z pysznymi matiasami i wędzonymi rybami.

Na drugie otwarcie mostu trafiliśmy bez przeszkód i z nurtem rzeki obraliśmy kierunek na Peenemünde z zamiarem zwiedzenia fabryki V1/V2 i obejrzenia wraku radzieckiego statku podwodnego. Fabryka zrobiła na nas przygnębiające wrażenie, co dopełnij jeszcze wrak statku i totalny brak zaplecza kulinarnego i musieliśmy pocieszyć się lokalnym piwem w knajpie, o dziwo, otwartej do 21 ! 🙂 Miasto Peenemünde zaliczam do drugiego najbardziej zaludnionego miasteczka po niemieckiej stronie. Wróciliśmy wesoło do mariny i […]

Tutaj nastąpił zwrot akcji, ponieważ druga załoga zaufała złowrogim prognozom Windy czy innemu Windguru i postanowiła nie płynąć dalej do Świnoujścia (co byłoby optymalne przy wietrze z N-W), tylko postanowiła wracać pod prąd w tym samym kierunku z którego przypłynęliśmy. … Cóż, płyniemy razem to płyńmy od początku do końca, chociaż czułem, że robimy błąd, przystałem na to. Górę wzięły decyzję niedoświadczonych żeglarzy, ale tak to często jest, gdy decyzje te zostaną mocno podparte argumentami pięknych połówek owych żeglarzy. Także cumy z polerów i nazad. Pod prąd. 🙂
Droga powrotna tą samą drogą ma to do siebie, że mijamy te same miejsca, czasami odwiedzając inne miejscowości. Tak było w przypadku miejscowości Lassan, do której dopłynąłem po pięknej jeździe w półwietrze na samym foku. Na drugim jachcie odbyły się małe harce przy źle dobranych żaglach (chciałoby się rzecz, a nie mówiłem), ale jakoś do Lassan dopłynęli. Tutaj oprócz przepięknej miejscowości zastaliśmy kompletnie puste ulice, przez co Lassan dostało laur zwycięstwa spośród totalnie wyludnionych niemieckich miejscowości. Widzieliśmy może w sumie z 20 osób, 3 samochody i jeden traktor. Wszystko zamknięte od 17 na cztery spusty. Środek wakacji. Dramat. Potem dowiedziałem się będąc w Międzyzdrojach, że wszyscy Niemcy siedzą w wakacje w Polsce nad morzem. W sumie logiczne i pragmatyczne.

W Ueckermünde spędziliśmy o dwa dni za dużo. Miejsce ładne, ludzi więcej niż w Nowym Warpnie, ale jeden dzień w zupełności by wystarczył. Staliśmy na dwóch miejscach gościnnych w ośrodku wypoczynkowym ze skierowanymi w naszą stronę spojrzeniami, wypoczywających na balkonach, sąsiadów zza Odry. Miasto warte zwiedzenia i chyba lepiej stanąć w marinie miejskiej.

Z Ueckermünde popłynęliśmy do Wapnicy, bardzo ładnie położonej mariny na jeziorze Wicko Wielkie. Niedaleko z miejscowości Lubin roztaczał się ze wzgórza piękny widok na wyspy wokoło Starej Świny. Złapaliśmy też z Wapnicy busa do Międzyzdrojów, aby przypomnieć sobie co oznaczają tłumy nad polskim morzem i las parawanów.

Spędziliśmy w Wapnicy bardzo miły czas i polecam to miejsce. Jednak trzeba powoli wracać na Wolin, gdzie pożegnam się z przyjaciółmi, żoną i synem. Kolejny tydzień będę pływał sam. A prognozy nie są za szczególne. Jest lekki dreszczyk emocji.

Po pożegnaniach, których nie było końca, zostałem sam z decyzjami, co dalej. Kamień Pomorski i Dziwnów, potem skok na Świnoujście i powrót w dół do Trzebieży? Brzmiało dobrze. Taki był plan, ale wiadomo, prognoza pogody wszytko wygumkowała. Poza tym spotkałem łódkę, która akurat z Dziwnowa przypłynęła i miała wcześniej taki sam plan co Ja. Po wystawieniu nosa z główek Dziwnowa szybko zawrócili i popłynęli w stronę Trzebieży zalewem. Gdzie i Ja następnego dnia skierowałem dziób MarUli. Oczywiście pod wiatr, pod duży wiatr. Niestety, zdjęć praktycznie brak, bo wiadomo, samemu. Do Trzebieży doleciałem bardzo szybko, gdzie spędziłem jedną dobę i przeczekałem całe zło, które nadeszło z N-W. Kolejnego ranka, myśląc, że już po wszystkim, popłynąłem na południe w drogę powrotną, nie spiesząc się. Na małym foku, na szczęście. W okolicach przed Policami złapała mnie burza i tak silny wiatr, że Marulę przechylało na półwietrze jakby pod pełnymi żaglami szła w 4B. Dwie godziny jazdy z przyjmowaniem na twarz wszystkiego, co wcześniej w zalewie zakwitło, urosło i przekwitło. Byłem cały przemoczony. Po wpłynięciu na Odrę , a potem na Babinię, wiatr trochę zelżał, burza poszła na wschód, a Ja zacząłem szukać gdzie najszybciej i najlepiej stanąć. Wpłynąłem na jezioro Dąbie przez Wodny Róg i zaraz za rogiem między Mewią a Kaczą wyspą znalazłem pomost, do którego przycupnąłem na chwilę, a że było spokojnie i cicho i nikt mnie nie wyganiał, zostałem do rana. Następnego dnia przeczytałem, że na wejściu w główki portu Darłowo rozbił się niemiecki jacht. Na szczęście nikomu nic się nie stało…

Jeszcze przed głównym uderzeniem …

Od tej pory zaczęła się spokojna żegluga, może ze względu na silny wiatr trochę za szybka, ale lepsze to niż na silniku. Także dotarłem do Centrum Żeglarskiego dzień wcześniej niż planowałem. Powróciła do mnie małżonka expresem W-wa -> Szczecin i postanowiliśmy pozostały czas, ostatni weekend naszych wakacji, wykorzystać na zwiedzanie Szczecina, który wcześniej widziałem tylko z karuzeli wesołego miasteczka. Ostatniego dnia Marula wyszła z wody i pojechała do domu… i tak zakończyłem kolejne wakacje pod żaglami. Wstępne plany na przyszły rok już się klarują, ale co z nich wyniknie ? Zobaczymy. 🙂

MarUla – tak się nazywa cz. 67

Sezon czwarty uważam za zakończony. MarUla stoi już sobie na przyczepie, wrześniowe sprzątanie przebiegło wyjątkowo sprawnie (rutyna). W tym roku wcześniej rozpocząłem zimowanie z dwóch względów. Pierwszy to totalny brak czasy we wrześniu (praca i tydzień na żaglach w Chorwacji). Drugi, to wypływany jestem jak bojka w porcie. Naprawdę starczy.

Był to przedziwny rok (COVID-19), ale przez to był niezwykły, wg mnie żeglarsko najlepszy, najpiękniejszy i wszystko naj i och i ach. Jeszcze nigdy nie spędziłem tyle czasu na jachcie śpiąc na nim , jedząc, pracując, pływając i odpoczywając. Wszystko przez pracę zdalną. W skrócie wyglądało to tak, że od 8:30 do 17 byłem podłączony do sieci, potem było „klap” laptopem, oddawałem cumy albo zrywałem kotwicę i niespiesznie płynąłem tam, gdzie zasięg pozwalał kolejnego dnia na korzystanie z Teams’ów i poczty. Na dole jest krótki filmik na dowód tego, że gdzieś płynę. 😉  Muszę powiedzieć, że na Zalewie Zegrzyńskim, na Rządzy, na Bugu i na Narwi zasięg sieci komórkowych jest pierwsza klasa i właściwie bardziej mnie ograniczały zapasy i aprowizacja, niż przestrzeń i czas. Cóż, trzeba było jakoś temu sprostać. 🙂 🙂

W czasie pracy zdalnej najważniejszą rzeczą, oprócz zasięgu sieci, jest zasilanie urządzeń typu laptop, router Wi-Fi, telefon, boom-box, słuchawki i inne. Musiałem podwyższyć sprawność mojej elektrowni, bo jedno gniazdko zapalniczki nie dawało rady w tych warunkach. Na początku czerwca zamontowałem przetwornicę 12/230 V 350W. I życie stało się prostsze. Na postoju wyjmowałem dwa panele 50W plus 30W na rufie i ani razu, naprawdę, ani razu nie podłączałem się do 230V w celu naładowania akumulatorów. Znowu ślad węglowy – zerowy.

Na koniec wspomnę jeszcze o pierwszej grubszej awarii na wodzie. Mianowicie pękła jedna część gardy gafla. Na szczęście zauważyłem to podczas zrzucania żagli i szybko zrobiłem prowizorkę, na której pływałem cały lipiec. Zrobiłem nowe obie gardy z dębiny, masywniejsze i przez to cięższe, co powoduje, że łatwiej zrzuca się żagle. Zamontowałem co prawda tylko jedną, chyba stałem się leniwy. A zresztą komu to przeszkadza? Ważne, że działa i nikt nie zauważył.

To do maja za rok. 🙂 🙂 🙂

 

 

MarUla – tak się nazywa cz. 66

To już 4 lata od pierwszego wodowania. Także czas rozpocząć odcinek 66, sezon 4.

Zima i wiosna 2020 była niezwykła z dwóch powodów. Pierwszy to bez wątpienia brak zimy, drugi to Covid-19. Brak opadów śniegu i ujemnych temperatur. I to nie tylko na nizinach, w górach też było kiepsko. Nie musiałem jeździć do mariny, aby zrzucić śnieg czy podkleić szarą lasso taśmą jakieś dziury. Jednym słowem – wyjątkowy spokój. Jak się okazało do czasu. 😉

Mimo braku śniegu udało się rodzinnie pojeździć aż trzy razy na nartach, a ostatni wyjazd był najbardziej ciekawy. Mianowicie pojechaliśmy 10 marca na przedłużony weekend na Słowację w okolice Zuberca do Spalonych Rohaczy. Sytuacja ostatniego dnia pobytu była już dość nerwowa, bo właściwie zaraz jak przekroczyliśmy granicę wracając do Polski, to granicę za nami zamknięto i ogłoszono pandemię Covid-19. Dobrze, że zdążyliśmy przysłowiowym rzutem na taśmę. Słowacja jako pierwsza w Europie zamknęła wszystkie granice i wszystkich w domach. Sytuacja generalnie zrobiła się nieciekawa, mimo wiosny. Wieści ze świata przytłaczały, szczególnie z Włoch i Hiszpanii, a niedługo potem cała Polska poszła na home office. Wszystko wywróciło się do góry kołami. Świat się zamknął w domu, dużo ludzi straciło pracę, dużo ludzi odkryło siebie i swoich bliskich na nowo, gospodarki i gospodarstwa domowe wyhamowały. Chyba świat zrobił kilka dużych kroków do tyłu. Na pewno pełniej oddycha przyroda. Ciekawi mnie co o tym sądzi Greta Thunberg, aktywistka na rzecz klimatu, która zapoczątkowała akcję „wagarów dla klimatu”. Chyba teraz takie wagary właśnie są. Ślad węglowy gdzież ? 🙂 Wszystko stoi, nie lata. Delfiny w kanałach Wenecji, sarny na Krupówkach. Generalnie przyszło nam żyć w ciekawych czasach.

Co z sezonem 2020 ? Otóż do połowy kwietnia nie mogłem nawet wejść na teren mariny. Wszystko zamknięte na głucho. Obecnie (początek maja) w marinie może przebywać maksymalnie 30 osób. Nie przypominam sobie, aby w majówkę tyle łódek było jeszcze na brzegu. W poprzednich latach większość już była na wodzie, a za maruderami latał kierownik i poganiał do wodowania.

Także po pierwszym odmrożeniu gospodarki od razu poleciałem jak na skrzydłach do jachtu. W tym roku najważniejszym zadaniem było wyjąć miecz. Dlaczego ? Otóż w czasie jednego z ostatnich pływań jesiennych 2019 w czasie podnoszenia miecza poczułem z początku lekki, a potem większy opór na fale. Długo oczywiście nie myśląc pociągnąłem mocniej, czym spowodowałem złamanie drewnianej podstawy bloczka ławkowego i usłyszałem jakiś zgrzyt. Miecz oczywiście wszedł na swoje miejsce do samej góry, ale w dół już nie zamierzał. Przyczyną był śrubokręt, taki duży, czerwony, gwiazdkowy, który nie wiem jak się znalazł w skrzynce, wiem natomiast, że ten akurat śrubokręt pływa. Widocznie jakoś zaciągnąłem go w czasie pływania i niestety przy podnoszeniu miecza wkręcił się w fały i szekle miecza. Udało mi się jeszcze na wodzie  jakoś doprowadzić do ładu powyginane szekle, ale to było tylko tymczasowe i wiedziałem, że na wiosnę muszę wyjąć miecz i zajrzeć co tam się w skrzynce mieczowej nawyrabiało. Razem z niezastąpionym Marcysiem jak zawodowi szkutnicy wyciągnęliśmy miecz górą (Marula ma fajnie to rozwiązane) w ciągu 30 minut. Powyginane szekle odkręciłem i od razu wywaliłem na śmietnik. Pierwsze oględziny miecza wykazały lekką korozję o której potem, natomiast skrzynka w dwóch miejscach, na szczęście łatwo dostępnych, wymagała szpachlowania i malowanie. W temacie korozji miecza. Otóż przed pierwszym wodowaniem pomalowałem go zgodnie ze wszystkimi instrukcjami:

  • dwa razy farbą Oliva Epirust Alu-Steel Primer,
  • potem winylową
  • a na końcu czerwoną antyporostową , wszystkie Olivy.
    Na zdjęciach widać, ile i gdzie musiałem czyściś do żywej stali. Na lewej stronie było gorzej. Powiem tak droga Olivo czy Olivio 🙂 – trochę słabo to wygląda. W tym roku zrobiłem eksperyment. Lewą stronę miecza pomalowałem dwa razy farbą do dachów stalowych na bazie kopolimeru styrenowo-akrylowego i fosforanu cynku, na to winylowa i antyporostowa. Na prawą stronę miecza Oliwa Bosman 77 (damy szansę innej farbie tego producenta) , potem tradycyjnie poliwinyl i antyporostówka. Za 3 lata wyjmę i zobaczę która strona wygrała, tym bardziej, że za rok będę na słonym i tam na pewno korozja jest mocniejsza.
    Z pozostałych rzeczy przed wodowanie z listy „to-do”.
  • W zimę zamówiłem w firmie Metal-Mast trochę nierdzewki. Zamontowałem ją w miejscach gdzie drewno jest narażone na działanie lin oraz wystających śrub, czyli przy knagach od talii grota, przy półkluzach oraz przy maszcie (na kursach pełnych śruba od mocowania bomu robiła mi czasami „kuku” na maszcie). Przy knagach na szczęcie przed ostatecznym przyklejeniem siką i przykręceniem był zonk, bo okazało się, że nie przewidziałem jednej rzeczy, a mianowicie, że po zainstalowaniu tego „przydasia”, nie otworzę bakisty. 🙂 Robota mnie lubi. Frezarka w dłoń, szybka poprawka rantu klapy i wszystko działa.
  • Po 5 latach od kupienia zamontowałem wreszcie światła burtowe. Pięknie się świecą.
  • Odnowiłem podłogę w kabinie
  • Przeleciałem papierem 400 i pomalowałem burty i rufę, trochę rys i ubytków się nazbierało.
  • Obszyłem maszt skórą w miejscu trzeciego  refu, aby go szpony gafla nie kaleczyły. Okazuje się, że dosyć często używam takiego zestawu przy pływaniu. Trzeci ref i większy fok. Przy okazji odkryłem super zestaw do konserwacji skóry. Lanolina zmieszana z olejem kopytkowym. Super konserwuje skórę. Do butów na zimę jak znalazł.
  • Zmieniam w tym roku segarsy na większe. Jeszcze w listopadzie 2019 kupiłem większe kulki, zrobiłem dziurki i wszystko wymoczyłem w dużej misce w oleju lnianym z malutkim dodatkiem terpentyny. Jak wszystkie kulki opadły na dno miski znaczy tyle, że „napiły” się dosyć. Wyjąłem i powiesiłem na dwa miesiące do wyschnięcia.
  • W tym roku nie wyjmowałem na zimę akumulatora. Zainstalował za to na plandece panel słoneczny 50W, aby utrzymywał go w dobrej kondycji. Strzał w dziesiątkę. Polecam to rozwiązanie.

MarUla – tak się nazywa cz. 65

Pływam. A raczej pływamy.
Latem, jesienią i wiosną.

Mam do jachtu w miarę blisko. W piątek wyjeżdżam późnym wieczorem, po korkach, jestem o 21:25 w marinie. Idealnie, aby w sobotę oddać rano cumy, pokołysać się, popływać, ponudzić się. Oczywiście z żoną. Chyba to polubiła.
Ja natomiast polubiłem panele słoneczne, to jest chyba, a raczej na pewno, nasza przyszłość. Kabla 230V w 2019 nie używałem. Razem mam 140W. Ładują aż miło. Co prawda trochę eksperymentalnie, jeszcze mam bałagan z kablami, ale ładują.

Zimą nie pływamy, łódka na brzegu schnie i pokazuje gdzie ją coś boli. Odpoczywa. Na przyczepie. Targana orkanami i huraganami nie wiedzieć czemu nazywanymi imionami kobiet. W tym roku stara plandeka idzie na wymianę, po trzech latach drze się jak stare prześcieradło. Taśmy, zwanej lasso taśmą,  niedługo zabraknie. 
Przed nowym sezonem muszę wyjąć miecz i przy okazji pomalować. Dlaczego wyjąć? Otóż. W październiku 2019 podczas opuszczania miecza przydarzyła się sytuacja z tych nieprzewidywalnych. W trakcie luzowania fału miecza usłyszałem, że nie może dalej, jakiś opór, i miecz nie idzie w dół. Bez miecza mogę pływać, bo mam falszkil, ale zawsze miecz się przydaje. Okazało się, że zaciągnąłem do skrzynki mieczowej jakiś pływający przedmiot, który okazał się śrubokrętem gwiazdkowym. Podejrzewając jakąś kontrabandę, po wyciągnięciu wrzuciłem go od razu do wody i rzeczywiście, pływa. Niesamowite.  Śrubokręt ? Efekt był taki, że nie mogłem pod koniec sezonu opuścić miecza, szekle się powyginały. Zostawiłem temat do wiosny i oto ona nadchodzi.

Mazury w 2019 roku zaliczone po raz kolejny w tym samym okresie co w poprzednich latach. Było wreszcie zimniej, chłodniej – dla mnie lepiej, dla żony mniej. Ogólnie lubię tam żeglować. Odkryłem w tym roku j.Tałty. Jest piękne. Duże i głębokie z pięknymi zatoczkami. Odkryłem też, że ktoś chce zrobić tam autostradę w miejscu gdzie łączy się z jeziorem ryńskim !!! Jakieś fantasmagorię, mam nadzieję. Nie wyobrażam sobie, aby przez jezioro szła autostrada na wysokich pylonach. Z Tira’mi.

Jak już jestem w temacie smrodu spalin. Na Mazurach przeraża mnie ogrom dużych motorówek (nie mylić z powolnymi i poczciwymi housboat’ami). Robią fale, które powodują erozję brzegów.  Nie mówię już, że przeszkadzają zjeść późny obiad lub kolację. Dlaczego one muszą akurat tutaj pływać? Zatoka gdańska jest większa, jezioro Dąbie, zatoka szczecińska, cały Bałtyk. Nie można zamknąć strefy dozwolonej dla tych potworów tylko na j.mikołajskim od hotelu Gołębiewski do rzeczki na Śniardwach? Dalej szlaban. Gadałem kiedyś z takim od dużej motorówki w knajpie i powiedział mi, że najważniejszy jest „pokaz”, „szpan”, „bliski przejazd” przy żeglarzach, a kto ma lepszą i większą i czym bliżej ją (motorówkę) widać, tym lepiej. Zrozumiałem.. 😦 .., ale nie akceptuję. To mnie trochę zniechęca do ponownego powrotu na Mazury. W tym roku jadę tam z Marulą chyba po raz ostatni. Głównie ze względu na znajomych, którzy zrobili „patent dla dorosłych” i po raz pierwszy samodzielnie będą prowadzić jacht. Trzymam kciuki i będę robił przez tydzień za asystę.

Także nowy cel eksploracji na rok 2021 to Zalew Szczeciński (po angielski Szczecin Lagoon) i okolice po stronie dawnego NRD 😉 Taki przynajmniej mam plan.

Na końcu nie mogę nie wspomnieć o ważnym dla mnie wydarzeniu. Mianowicie mój dobry znajomy, tak jak Ja szkutnik-amator, zakończył swój projekt budowy od podstaw sklejkowego catboat’a z dużą ilością drewna i wodował się po raz pierwszy w mojej marinie. Projekt dlatego bliski memu sercu, bo nasze stocznie były 10 minut drogi od siebie i często się odwiedzaliśmy. Łódka pływa jak szalona na co dowód w postaci poniższego filmiku. Zazdroszczę mu, że jest już na emeryturze i może żeglować od maja do pierwszych przymrozków… ehhh, mam nadzieję, że Marula wytrzyma do mojej emerytury 😉 .

 

MarUla – tak się nazywa cz. 64

Wreszcie mogę usiąść i spokojnie podsumować to, co można nazwać jasną stroną budowy własnego jachtu, czyli szeroko rozumianą jego eksploatację.

Po wodowaniu właściwie każdy weekend spędzałem w marinie. Wiosna i lato 2017 roku nie rozpieszczały pogodą. Ciepła i słońca było jak na lekarstwo. Cały czas wiało i padało, a jak nie wiało i nie padało to temperatura spadała do 13C… Jak tydzień był w miarę ładny, to na weekend zapowiadano pogorszenie pogody – co się niestety sprawdzało. Także  wspólne poznawanie się szło powoli i opornie.

Marina WTW Zegrze ma oczywiście wiele zalet. Jedną z nich to przede wszystkim bardzo mili jej użytkownicy, nazywani często rezydentami. Przez pierwsze 4 weekendy właściwie cały czas przyjmowałem gości, innym razem Ja byłem gdzieś gościem. Rezydent rezydentowi itd.. 🙂 Trochę pływałem, ale cały czas miałem poczucie, że za mało. Za mało czasu poświęcałem na poznawaniu jachtu, jego opływaniu, dotrymowaniu, a rodzinne wakacje na Mazurach zbliżały się wielkimi krokami. W końcu nastąpiło mocne przyspieszenie. Nauczyłem się w żegludze solo szybko stawiać i zrzucać nietypowe ożaglowanie gaflowe będąc w dryfie, używać sprawnie blokady steru, z silnikiem było różnie o czym dalej. W międzyczasie dotarł z T&J Sails piękny pokrowiec na bom.

IMG_0480

Pierwszy mankament, nazwijmy go kolcem numer jeden, to czas dojazdu nad Zegrze w piątkowe popołudnie. No ale jakieś kolce muszą w tej róży przecież być. No właśnie, najpierw o kolcach.

Kolec numer dwa to wg mnie słabo przemyślana konstrukcja studzienki silnikowej. Pierwszą niedogodność wyeliminowałem od razu, wyklejając studzienkę specjalną, niepalną, 1,5 cm pianką samoprzylepną do wyciszania komory silników spalinowych. Pozbyłem się tym samym objawu pudła rezonansowego podczas pracy silnika, który powodował, że nie można było normalnie w kokpicie rozmawiać. Drugi mankament to duszenie się silnika przy zamkniętej klapie studzienki. Zawsze mi gasł w „najwłaściwszym” momencie. Tutaj pomógł mi serwis Tohatsu, zamknął małą śrubką jakiś dodatkowy otwór w kolumnie i po bólu. Trzeci, a zarazem największy mankament, to kotłująca się woda w studzience zarówno podczas płynięcia na silniku jak i na żaglach. Raz, że hamowała łódkę, a dwa, co gorsza, przy większej fali woda przelewała się przez paweż mocującą silnik  i trafiała do zęzy, gdzie po całodniowym pływaniu po Śniardwach przy większej fali wybierałem z niej całe wiadro wody !!! Oczywiście używałem pompy zęzowej, ale denerwowało mnie , że mam mokro w zęzie i prawie codziennie musiałem tam nurkować ze szmatką i ręcznikiem papierowym. Lubię, jak jest tam suchutko. 😉 Oczywiście jak łódka stała w porcie problemu nie było, wszystko szczelne., nic nie ciekło. Musiałem jakoś sezon z tą niegodnością przeżyć i z rozwiązaniem poczekać do zakończenia sezonu, gdy łódka wyjedzie na ląd. Właśnie teraz robię gumowy kołnierz wokół otworu studzienki mocowany na stałe listwami ze sklejki oraz dodatkowy odpływ za pawężą mocowania silnika, aby woda nie miała żadnej drogi do zęzy tylko wracała od razu do studzienki.

Kolec numer trzy – bom. Łódka plus natura najszybciej zweryfikowały lenistwo, niedbalstwo i wszelakie niedoróbki. Mianowicie zamiast skleić bom z jednego kawałka drewna 4,5 metrowego, to skleiłem to z dwóch  równych kawałków po 2,3 metra. Jak nietrudno się domyśleć, bom zaczął się rozłazić gdzieś tak w połowie długości i w połowie wakacji. 😦 Na szczęście wśród wszelakich szpejów miałem też nierdzewne cybanty, którymi w trzech miejscach skręciłem bom i do końca sezonu wytrzymał (widać to na zamieszczonym na końcu filmie) . Całkowicie się „rozlazł” na ostatnim, wrześniowym pływaniu przy silnych szkwałach. Widocznie tak miało być. Nowy bom już zrobiłem, tym razem z jednego kawałka. Jest  ciut grubszy, masywniejszy. Stare okucia przełożyłem, dodałem dwa nowe – na nok i na dirki. Wszystko już gotowe.

Kolec ostatni, numer cztery. Jeżeli ktoś mówi, kto szkutnictwem para się tyle lat co lat mam Ja, że drewno trzeba pomalować minimum dwa razy primerem i następnie pięć do siedmiu razy lakierem zasadniczym , w moim przypadku poliuretanowym, to tak musi być i koniec. Muszę powiedzieć, że sezon zakończyłem z nietęgą miną oglądając niektóre drewniane elementy. Postanowiłem dwie rzeczy. Po pierwsze, wjadę po raz ostatni do stoczni i zrobię tak jak trzeba w temacie lakierowania. Po drugie, zrobię pokrowiec, dzięki któremu będę miał spokój nie na 2-3 lata, ale na dużo dłużej. Poniżej uszyty na miarę dwuczęściowy pokrowiec. W tym sezonie będę uczył się trudnej sztuki jego zakładania w porcie.

IMG_0607

I tyle w temacie kolców.

Na Mazury dojechałem bezpiecznie. Prowadzenie samochodu z przyczepą nie okazało się jakimś super trudnym wyzwaniem. Myślałem, że będzie gorzej. Łódkę zrzuciłem w Wygrynach. Wolne miejsce w porcie znalazłem tylko dzięki pomocy kolegów z sailforum, „wygryńskich forumowiczów”, których znam od 5 lat, a ciekawe jest to, że nigdy wcześniej ich nie widziałem.

IMG_0486

 

21231912_1654670034577449_6946618128966321097_n

Mnie i nie tylko mnie, urzekł duży i przestronny kokpit. Mogą w nim wygodnie leżeć dwie wysokie osoby. Kolega Paweł dla przykładu ze swoimi 2 metrami spał wygodnie z wyprostowanymi nogami.. A tak nas przywitały Mazury pod koniec lipca.

pada

W czasie deszczu i na zimne noce zakładałem na bom namiot przyczepiony ekspanderami do haczyków.

IMG_0598

Na Mazurach czasami trzeba kłaść maszt. Nie jest on ciężki ani długi, jednakże nie mam bramki i nie zamierzam szpecić jachtu kawałem nierdzewki, ale muszę jednak o czymś pomyśleć co ułatwi ogarnięcie całego procesu w pojedynkę. O ile operację kładzenia wykona jedna osoba, tak podniesienie masztu jest trudniejsze i zawsze drugie ręce są niezbędne. Poniżej przed mostem w Mikołajkach.

20431485_1556770221020229_4518895168693626867_n

Pozytywnie zaskoczyła mnie ładowność jachtu. Jak zobaczyłem ile wypakowałem z samochodu po dojechaniu na Mazury,  załamałem się. To wszystko na 2,5 tygodnia pływania ??? Wyglądało to jakbym się wybierał w samotny rejs bez zawijania do portów na co najmniej miesiąc. Chyba cztery razy kursowałem z wózkiem między keją a parkingiem. Okazało się, że małżonka jakoś wszystko idealnie gdzieś zmieściła. Chyba tylko kobiety to potrafią. Tak przy okazji otwierane okienko w kabinie od strony dziobu jest idealne do pakowania jachtu. Poniżej jedna z bakist, ta płytsza pod koją.

IMG_0568

Także wakacje zleciały szybko. Kolejne to minimum 3 tygodnie !! Łódka pływa jak po sznurku, ster trzyma się niezależnie od warunków jednym palcem. Pewnie to zasługa falszkila i zewnętrznego balastu, który to zestaw naprawdę pokazał „moc” na Śniardwach w czasie październikowej burzy. Sprawdziła się blokada steru, zdjęcie poniżej. Prosta i niezawodna.

IMAG1801.jpg

Rezultaty przyniosło doświadczenie z samotnych pływań na Zegrzu. Właściwie nie potrzebowałem pomocy małżonki przy większości manewrach, przez co mogła spokojnie odpoczywać zażywając m.in. kąpieli słonecznych. W czasie pływania za każdym razem ktoś nas pozdrawiał, gratulował pięknej łódki, co było bardzo miłe. Bardzo często nieoczekiwanie spotykałem kogoś na szlaku, a czasami staliśmy zupełnie sami. Także do zobaczenia ponownie na Mazurach !!!

IMG_0563

IMG_0559

20476137_1620797124631407_7958823931128260319_n

IMG_0548

MarUla – tak się nazywa cz. 63 – wodowanie

Uroczyste wodowanie było naprawdę uroczyste. Pogoda dopisała, goście zjawili się w komplecie. Matką chrzestną została moja małżonka. Łezka się w oku zakręciła. Po wodowaniu obowiązkowe, krótkie wycieczki na silniku po Zalewie Zegrzyńskim, z czego najbardziej zadowolone były dzieci. Etap budowy mogę uznać za zakończony. Chyba czas zmienić tytuł bloga lub założyć nowy ? Jeszcze nie wiem. Teraz pozostaje mi tylko czekać na każdy weekend, aby robić to, po co budowałem Marulę. Czas ją opływać, usunąć ewentualne usterki, wprowadzić nieodzowne modyfikacje lub usprawnienia, przekonać żonę, że nie ma lepszego czasu spędzania wolnego czasu, niż żeglowanie na własnym jachcie. I zastanowić się, czy przypadkiem nie będę tęsknił od jesieni za dłubaniem w drewnie.

Pozdrawiam wszystkich, którzy odwiedzili mojego bloga. Mam nadzieję, że będzie on inspiracją dla wszystkich niezdecydowanych, przyszłych budowniczych-amatorów, a dla pozostałych po prostu ciekawostką.

Na koniec parafrazując J. Kaczmarskiego:

„nie trzeźwiej z marzeń o krok od spełnienie, o krok od triumfu nie opuszczaj głowy”

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 62 prace wykończeniowe cd..

No i stało się, dokładnie po 2370 dniach MarUla wyjechała z garażu. „Dostała” wreszcie  maszt, wanty, sztag, komplet lin. Potem pojechała na techniczne wodowanie na docelowe miejsce i postała 24h w wodzie.Było też pierwsze pływanie na silniku. Następnego dnia ponownie wyjechała na ląd, aby się przygotować do uroczystego wodowanie razem z chrzcinami.

 

 

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 61 prace wykończeniowe cd..

Od początku marca wydarzenia stopniowo nabierały tempa. Gdy jeszcze miejscami na Zalewie Zegrzyńskim była warstwa lodu, przygotowałem listę przystani, którą zamierzałem odwiedzić i znaleźć spokojne miejsce wodowania i postoju na ten sezon. Odwiedziłem m.in. „Przystań Przy Starym Moście”, „Marina Diana”, „WTW Zegrze”, „Yacht Club Wierzbica Port”, „Kolejowy Klub Wodny Jachranka”, „Jacht Klub Polski Warszawa”. Wybór padł na WTW Zegrze, miejsce zarezerwowane i opłacone, kolejny punkt odhaczony.

Następny punkt – przyczepa. Na targach Wiatr i Woda spotkałem się z bardzo sympatycznym p. Stefanem Cymermanem, omówiliśmy szczegóły techniczne, podczas gdy nasze żony o czymś zawzięcie dyskutowały. Ze względu na dość nietypowy jak na polski rynek kadłub Maruli,  tutaj coś dodaliśmy, tutaj zmieniliśmy, coś przesunęliśmy, także zaraz po świętach wielkanocnych przyczepa było do odbioru. Dodam, że firma „Cymerman” produkuję każdą przyczepę na zamówienie, nie jest to hurtowa produkcja. Naprawdę, każdy szczegół jest przemyślany i można śmiało powiedzieć, że margines bezpieczeństwa dla tak wyprodukowanej przyczepy jest bardzo duży (np.:  sposób mocowanie i zabezpieczenia przed zginaniem rolek kilowych pozytywnie mnie zaskoczył).

W czasie gdy przyczepa była produkowana, przygotowałem się do podniesienia Maruli z jej dość mocno zasiedziałego łoża. Nadszedł więc czas próby generalnej wcześniej przygotowanej konstrukcji. Dwa pasy (a właściwie zawiesia)  o nośności 1T każdy i bloczki łańcuchowe podniosły bez większego problemu Marulę. Nic nie trzeszczało, nic nie „stękało”, generalnie obyło się bez niespodzianek. Wyjąłem łoże (może jeszcze się na coś przyda), odkręciłem z niego zniszczone koła, trochę porządków i Marulę zostawiłem na święta w oczekiwaniu na przyczepę.

Po świętach skoro świt pojechałem po przyczepę uzbrojony w świeżą tablicę rejestracyjną. Krótkie szkolenie co i jak, szybka wymiana wtyczki, bo okazało się, że na haku mam 8 pinów, i odjazd do stoczni. Dziwnie się jechało, bo raz, że przyczepa wystaje poza obrys samochodu, dwa – była pusta i tym samym trochę na nierównościach trzęsło. Na szczęście stocznia jest bardzo blisko od Tomic, więc po 20 minutach przyczepa była już na miejscu, a Ja szybko do pracy na 9 rano. Po pracy przyszedł czas na załadunek Maruli na przyczepę. Jedyna niespodzianka  to troszeczkę (ok 30 cm) za długie zawiesia (nowe, krótsze już zakupione), przez co Marula nie poszła tak wysoko jak planowałem. Jednak dwa lewarki samochodowe szybko pomogły i po 2 godz. łódka stanęła na przyczepie. Po dokładnym wypoziomowaniu, zważeniu haka (max nacisk to 80-90 kg) przy różnych konfiguracjach położenia, wyszły dwie małe poprawki – dołożenie dodatkowej, przedostatniej belki oraz wydłużenie tylnych podpór i przesunięcie ich na nową, dodatkową belkę. Także czeka mnie jeszcze jedno ściągnięcie z przyczepy i krótka wizyta w firmie Cymerman.

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 60 prace wykończeniowe cd..

Jestem winny zaległą relację z montowania silnika.

Tak więc silnik będzie w zamykanej studzience w osi łódki. Jest to silnik 6KM z krótką stopą. Postaram się go jak najlepiej, antykradzieżowo, zabezpieczyć z zewnątrz i wewnątrz, żeby go jak najrzadziej wyjmować (chociaż na chama z łomem, siekierą i nożycami do stali nie ma mocnych)… Ostatnią rzeczą z nim związaną było poprowadzenie dwóch cięgieł (gaz i biegi) oraz podłączenie do nich manetki w kokpicie. Otwory zaślepiłem z obu stron gumowym przejściem na dwa cięgna. Przy okazji ostatnich prac przy studzience wymalowałem wszystko co w wodzie antyporostówką. Zbyt dużo nie ma do opisywania, więcej widać na zdjęciach.

Dołączam też film z pierwszego, garażowego uruchomienia silnika.

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 59 prace wykończeniowe cd..

Jest takie chińskie powiedzenie, że „żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal”. Parafrazując, czas Marulę wyciągać z garażu. No właśnie 🙂 Aby się za to zabrać trzeba zrobić jedną małą, ale istotną rzecz.

Po dokładnych pomiarach brakuje do wyjazdu z garażu 26 cm :), czyli bezpiecznie będzie 30 cm. Także czas zamienić frezarkę na mechaniczne dłuto, a starą zardzewiałą bramę pora wymienić na nową, zewnętrzną roletę. Także prace przygotowawcze trwają, a Ja w oczekiwaniu na majstra coś tam dalej skrobię przy łódce, można powiedzieć, że mocuję i maluję ostatnie listewki i okucia.