MarUla – tak się będzie nazywać cz. 56 prace wykończeniowe cd..

W ostatnie chłodne dni marca zrobiłem, pomalowałem i dopasowałem stolik. Bardzo zgrabnie chowa się go nad hundkoją. Przy okazji trochę na nim poeksperymentowałem z bejcą nitro w kolorze ciemnego orzecha, bejcując spód stolika. Nie powalił mnie efekt w przypadku sklejki, natomiast sosna (wzmocnienie stolika) bardzo ładnie przyjęła bejce. Następnie dwie warstwy WoodPrimera i dwie warstwy białego poliuretanu na wierzch stolika i gotowy.

Przed przykręceniem dachu zrobiłem wszystko w kabinie, co potem z dachem będzie trudniejsze, a pamiętać należy, że nie mam w kabinie, tak ostatnio modnej na koromysłach mazurskich tzw. „wysokości stania”.

Czyli –  zamontowałem zewnętrzne ramki z oknami z litego poliwęglanu, podłączyłem gaz z zaworem i kuchenkę, polakierowałem wszystkie drewniane części i oczywiście wszystko dokładnie wysprzątałem łącznie w myciem. 🙂

W międzyczasie przyszły liny. Całe białe. Są ładne, bo są białe, a nie jakieś pstrokate. Będzie wiadomo, że trzeba ciągnąć białą linę, innych nie będzie 🙂 Akacjowe kulki już niedługo po dodaniu białej liny zamienią się w piękne segarsy i stopery.

Pomalowałem ostatni raz pokład i położyłem powierzchnię antypoślizgową. Zmieszałem proszek z farbą poliuretanową (5% proszku na farbę po dodaniu utwardzacza) i delikatnie złamałem czarnym pigmentem, aby troszeczkę się odróżniała od reszty. Położyłem jedną warstwę. Proszek jest dość gruby i wg mnie jedna warstwa wystarczy.

Zamontowałem na stałe stoprelingi, polakierowałem i zafugowałem ich połączenie z pokładem białym Sikaflexem 295.

Wewnętrzną stronę dachu polakierowałem woodprimerem Olivy i wyciąłem zejściówkę. Mając wewnętrzną stronę dachu w całej okazałości z odrysowanymi wcześniej zarysami ścianek, wyciąłem tkaninę na podsufitkę, aby później łatwiej było ją przykleić (nie robię tego teraz, bo między podsufitką a dachem chcę „ukryć” kilka rzeczy, np kilka kabelków 🙂

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 55 prace wykończeniowe cd..

Powoli wracam z pracami do stoczni, bo czuję już wiosnę w powietrzu. 🙂 Na razie bez farb i innych chemicznych specyfików bo jeszcze temperatura w środku w granicach 2-4 st C.. To co teraz dotnę i przymierzę, za miesiąc będę juz na gotowo malował, kleił, laminował, itp. Tak więc dopasowałem maskowanie skrzynki mieczowej, które będzie demontowane. Zamontowałem knagę i wpuszczany bloczek Harkena na linę 8 mm, która będzie „obsługiwała” miecz poprzez system bloczków.

Tymczasowo przykręciłem dach, a następnie frezarką wyrównałem jego brzegi. Wyciąłem zejściówkę i przymierzam jej obudowę. Na razie wszystko na sucho.

Odwiedziłem targi Wiatr & Woda w Warszawie. Kupiłem komplet pagai, bosak i pychówkę w dobrej cenie od „Szmaglińskich” – kolejna rzecz, której sam nie robię, chociaż pierwotnie miałem taki zamiar, bo nie jest to trudne, ale czasochłonne. Znalazłem kilka fajnych namiarów na producentów lin, którzy mają w swojej ofercie klasyczne białe liny oraz dostałem kilka ciekawych ofert na ubezpieczenie jachtu.

 

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 54 prace wykończeniowe cd..

Drzewce gotowe czekają na wiosnę. Żagle zamówione – firma T&J Sails z Giżycka podjęła się wyzwania. Kulki na segarsy gotowe. Wytoczone z akacji. Czas zacząć przygotowywać suwklapę. Zacząłem od prowadnic żeńskich, które będą zamocowane na dachu. Zrobiłem je z jednego kawałka dębu. W środku wyfrezowałem odpowiednie otwory i dopasowałem prowadnice męskie dla suwklapy. Dach suwklapy zrobiłem z trzech warstw sklejki 4 mm laminując kształt o takim samym promieniu jak dach nadbudówki wcześniej robiąc odpowiednie „kopyto” do odwzorowania kształtu. Tak samo, tylko w skali makro, zrobiłem z dachem. Do laminowanie ze względu na niską temperaturę (15C) używałem Epidianu 6011 z utwardzaczem TFF.

2015 in review

Happy New Year 2016 for all my readers – amateur boatbuilders !!! 🙂 🙂 🙂

Here’s an excerpt:

The concert hall at the Sydney Opera House holds 2,700 people. This blog was viewed about 55,000 times in 2015. If it were a concert at Sydney Opera House, it would take about 20 sold-out performances for that many people to see it.

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 53 prace wykończeniowe cd..

Idzie jesień, rady na to nie ma…

A stoczni nie ogrzewam… Farby i kleje spakowałem i wywiozłem do piwnicy. Czas więc zająć się „niechemicznymi” zajęciami, rozwijającymi biceps i triceps prawej ręki oraz mięśnie lędźwiowe krzyża. Stwierdziłem mimochodem, że nie ma części mózgu odpowiedzialnej za pracę fizyczną i cierpliwość w czasie jej wykonywania. Może dlatego czuję się taki odprężony jak wracam po północy wykończony do domu ? 🙂

 

brain

 

Tak więc nie używając mózgu 😉 zrobiłem stop relingi z listwy dębowej. Zamocowałem je tymczasowo na pokładzie, aby przez zimę nabrały kształtu, na wiosnę pomaluję, przykleję i przykręcę na gotowo, a chcę to połączyć z ostatnim malowaniem pokładu farbą antypoślizgową.

Przyszedł czas na wykończenie sklejonego bomu i gafla i zamontowania do nich okuć. Bom jest w miarę prosty, bo tylko metr na każdym końcu zwęża się. Gorzej z gaflem. Ten przypomina wrzeciono i dzięki temu kosztował mnie dużo więcej sił i potu. W ruch oczywiście poszły ręczne heble i różnego rodzaju papiery ścierne i szlifierki. Myślę, że fajnie to wyszło.

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 52 prace wykończeniowe cd..

Ostatni tydzień września tradycyjnie spędziłem na Bałtyku. W tym roku oprócz Bornholmu odwiedziłem Rugię. Nie wiem, dlaczego wcześniej omijałem ten akwen, ale teraz wiem, dlaczego buduję swoją łódkę. Jest idealna na te rejony. Dla „ułatwienia” pływaliśmy pod lokalną banderą  🙂

Wiem, że o balaście już jakiś czas temu było. Jednak czas do niego wrócić, bo trzeba to teraz na stałe przykręcić i wreszcie o nim zapomnieć. A że jest to kawał ołowiu, to i prace idą powoli.

Najpierw przesunąłem całą łódkę maksymalnie do tyłu, odstęp między ścianą a rufą zwęził się do 70 cm – wystarczy, aby przejść. Tym samym łódka stanęła tam, gdzie zaprojektowałem konstrukcję do jej podnoszenia, gdzie 4 wyciągarki łańcuchowe postawią ją na przyczepie. W trakcie przesuwania łoża spadła guma z dwóch kółek na których była podparta. Generalnie to te kółka to straszne dziadostwo i chyba lepsze są kółka mniejsze i plastikowe (może kiedyś to sprawdzę). Ostatni etap przesuwania (ten bez kółek) był dość zabawny, bo robiliśmy to metodą „egipską”. Mianowicie łódkę przesuwaliśmy po 5 cm po nasączonych olejem drewnianych klockach i co zadziwiające, szło to dość prymitywnie, ale skutecznie !!. Gdy łódka stanęła na swoim „nowym” miejscu ukazał się obraz, który od razu skłonił mnie do gruntownych porządków, które zajęły mi ładnych kilka godzin. Teraz przynajmniej można śmiało zapraszać gości. 🙂

Potem zdjęliśmy balast i na bok z nim. Najpierw jedna strona – trochę szlifowania szczotką drucianą, trochę pracy z dłutem, a że miejscami balast był nierówny, to na końcu trochę szpachli zrobionej z E601+IDA+TFF+Ziemia okrzemkowa. Potem na drugiej stronie to samo. Na końcu pomalowałem balast jedną warstwą farby epoksydowej Bosman 77. Po wyschnięciu przyszedł czas na mocowanie. Siedem śrub fi-12 + szerokie podkładki + Sika 295. Teraz wisi i schnie. Ostatnia rzecz to pomalowanie go tak jak reszty, czyli na czerwono antyporostówką.

P.S.

Przy okazji, że obok stoczni rośnie piękne winogrono żal było je zostawić dla szpaków. Także na czerwiec będzie czym świętować wodowanie. 🙂

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 51 prace wykończeniowe cd..

Szlifowanie, malowanie, poprawki. Ot codzienność. :). Pokład pomalowałem po raz drugi poliuretanem, natomiast drewno po raz drugi Epinoxem. Poza tym rozpocząłem montaż okuć i tych z nierdzewki i tych drewnianych. Przy przykręcaniu okuć niezbędna jest oczywiście Sika 295 jako uszczelniacz.

W stoczni, a bardziej w jej obejściu, wprowadziliśmy udoskonalenia. Mianowicie wymurowaliśmy wędzarnię. Próby techniczne wypadły bardzo pozytywnie, mięsko uwędziło się przepięknie. Używaliśmy tylko drewna śliwkowego, także teraz w lodówce panuje zapach słodko-śliwkowy. Teraz w ramach przerywników od prac szkutniczych można wyskoczyć i doglądać jak się powolutku coś tam wędzi. A święta za pasem 🙂

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 50 prace wykończeniowe cd..

Wpis numer pięćdziesiąt.

Właśnie minął 5 rok budowy… (brzmi jak z Odysei Kosmicznej 😉 ).

Ostateczny, nieprzekraczalny termin wodowania to 1 czerwca przyszłego roku. Jeżeli uda się wcześniej dotknąć wody będzie ok, ale nie spinam się.

Po pokładzie przyszedł czas na drewniane odbojnice. Wykonałem je z 3-metrowej listwy dębowej nadając odpowiednie zaokrąglenie. Przed przyklejeniem zamontowałem wantowniki, których część będzie schowana pod listwą. Otwory tradycyjnie zaślepiłem kołkami fi-10. Potem żmudne szlifowanie.

Odważyłem się wreszcie zrobić trzy dziury na bulaje 🙂 Uff, jakoś się udało. Ramki i okna pasują idealnie. Na razie ich nie przyklejam, na to przyjdzie czas na samym końcu.

Reszta na zdjęciach.

Z tematów nieszkutniczych.

Przyszedł czas na wakacje, które po powrocie nazwałem „odpoczynkiem w piekarniku bez termoobiegu marki Kreta”. Szczerze powiem, że obiecywałem sobie więcej po tej wyspie. To, że będzie gorąco, było do przewidzenia. Natomiast zwiedzać można tylko jakieś kamienie, które włoscy archeolodzy próbują zrekonstruować od 130 lat (Gortyna, Fajstos, Aptera)…. Jak to Włosi 🙂 . Widoki owszem, piękne, ale nasze Bieszczady ładniejsze. Nie poczułem generalnie żadnego lokalnego klimatu. Wszystko co jest opisane w przewodnikach to 90% bujda. Chyba pisze je ktoś zatrudniony przez biura turystyczne. Żony zadowolone, bo mogły w pracy pokazać opaleniznę w kolorze chleba razowego. 😉 Dla dzieciaków też frajda, bo i basen, i ciepłe morze, snurkowanie i prażony piasek, po którym nie da się chodzić. Ponadto straszna drożyzna nastawiona na bogatych Skandynawów. Wśród moich wakacji Kreta zajmuje ostatnie miejsce razem z polskim morzem. Generalnie na pewno tam nie wrócę, chyba, że na jachcie w czerwcu lub we wrześniu. Były także sukcesy, do których zaliczyć mogę przełamanie się małżonki do jazdy skuterem !!!! Po ciasnych uliczkach Chani Warszawa to pikuś, Pan Pikuś. 🙂

 

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 49 prace wykończeniowe cd..

Laminowanie pokładu nastąpiło w idealny, chłodny dzień 23 czerwca 🙂 Nie przypuszczałem, że w czerwcu pod wieczór może być 10-11°C !! Za to w stoczni było idealne 19°C.

Jak zwykle do laminowania potrzeba min. 2 osoby i w związku z tym jak co wtorek Marcyś zawitał do stoczni do pomocy. Także laminowanie przebiegło spokojnie, bez biegania i stresu (dobra temperatura, pomocnik no i plan). Najpierw wszystko dokładnie odkurzyliśmy i odtłuściliśmy. Przymierzyliśmy tkaninę na zakładkę i przymocowaliśmy taśmami. Postanowiliśmy nie zdejmować położonej już tkaniny, tylko od razu laminować zaczynając od dziobu. Ja rozrabiałem żywicę (Epidian 601+IDA) po 200-250 wag., Marcyś przesączał ją plastikową szeroką packą, Ja latałem z metalowym wałkiem w poszukiwaniu bąbli/bąbelków („Gdzie jest Nemo” ? ) 😉 Nowością było zastosowanie delaminażu przy użyciu specjalnej maty, która z angielska nazywa się „peel ply”. Nakłada się ją dopiero po dokładnym wywałkowaniu, mocno naciąga i znowu wałkuje. Cel – zebranie przez nią nadmiaru żywicy. Skończyliśmy o 1 w nocy, czyli równe 6 godzin pracy na ok. 9 m² powierzchni. Po wyschnięciu po 24 godzinach zerwałem delaminaż. Wyszło idealnie. Twarde jak cement. 🙂 Odkurzyłem i położyłem pierwszą warstwę szpachli epoksydowej tam gdzie „sztuka cierpiała”, ale naprawdę niewiele. Po wyschnięciu szpachli pomalowałem białym Epinoxem 54. Po wyschnięciu delikatne szlifowanie papierem 150, które ukazało miejsca, gdzie dalej szpachlować. Operację powtórzyłem 3 razy i efekt był wg mnie zadowalający. Następnie jedna warstwa białem Olivy poliuretanowej. Ostatecznie pokład będzie pomalowany jeszcze jedną warstwą poliuretanu z dodatkiem proszka antypoślizgowego, ale to już na samym końcu. Kolejny ważny krok za mną.

W kwestiach formalnych, zarejestrowałem Marulę. Bardzo sympatyczny Pan w WOZŻ wszystko załatwił od ręki.

No  i ostatnia duża rzecz, mianowicie przywiozłem z Radomia zamówiony maszt. Jest to jedyna rzecz z drewna, której postanowiłem sam nie robić. Materiał, który mam na maszt, na pewno wykorzystam jak Marula wyjedzie ze stoczni i będę miał więcej miejsca – drugi maszt powinien być zawsze w zapasie, chociaż wolałbym, aby się nigdy nie przydał.