MarUla – tak się nazywa – sezon 2021

Sezon rozpocząłem dosyć późno, bo znowu, o zgrozo, kwiecień 2021 był najzimniejszym kwietniem od kiedy rozpoczęto pomiary i prace w łódce i przy łódce były odsuwane na „aż zrobi się ciepło”. W tym roku przed wodowaniem wyjątkowo nic nie zrobiłem. Naprawdę. Zdjąłem plandeki, rusztowanie, odkurzyłem, włożyłem materace, wszystko umyłem i to wszystko. I tak 20 maja dotknąłem wody. Plan na sezon był bardzo ambitny. W planach 3 tygodnie wakacji na Zalewie Szczecińskim, a wcześniej łapanie mocniejszych wiatrów na naszej „zalewajce”, aby poćwiczyć refowanie, szybkie zrzucanie żagli, stawanie w dryf, ustawienia miecza i steru, aby łódka było samosterowna, etc..

Także czas do wakacji upłynął dość szybko, tym bardziej, że Covid dalej wymuszał na nas pracę zdalną, a wiadomo, jak praca zdalna, to tylko z łódki, najlepiej gdzieś w krzakach z dobrym zasięgiem, albo bardziej luksusowo przy miejskiej kei w Serocku.

W tym roku w ramach przygotowanie do wakacji zamiast przy łódce porobiłem trochę przy przyczepie, a właściwie tata porobił, 😉 Ja tylko trochę pomagałem. Hamulce, smarowanie, poprawienie rolek. I tak pod koniec lipca wyjąłem MarUlę z wody i następnego dnia o czwartej rano oddałem cumy i w drogę na Szczecin. Trochę się obawiałem, że będę jechał i jechał, ale okazało się, że jak się jedzie cały czas 90 km/h, to jedziesz jak TIR’owiec między tirowcami i wiesz co to oznacza jak musisz wyprzedzić innego TIR’a, który jedzie 88 km/h, a Ty jadąc 96 km/h przekraczasz dozwoloną prędkość, widzisz sznur „wku…..ych” kierowców wyścigowych za Tobą, a do tego zaczyna cię wozić. 🙂 Sama droga do Szczecina to cały czas dwupasmowa autostrada, równa jak stół, za który trzeba zapłacić w jedną stronę 180 PLN. (zestaw < 3,5 tony). Fajnie, że moja „renówka” ma tempomat, dzięki któremu droga wydaje się spokojniejsza. Także po 8 godzinach dojechał nad jezioro Dąbie w Szczecinie do Centrum Żeglarstwa. Tam chlup do wody prosto ze slipu. Super Pan bosman wszystko ogarnął, przyczepę odstawił, miejsce wskazał, a małżonka za wszystko zapłaciła. Postawiłem maszt, zamocowałem bom, coś tam posprawdzałem, wypiłem jednego GzT (Dżin z Tonikiem) za pomyślne rozpoczęcie wakacji i padłem o 19.

Następnego dnia po 14 godzinach snu, wypłynąłem. I jak to zwykle bywa, pod wiatr, a wiało dosyć rześko z N-W. Także na początek halsówka z myślą odwiedzenia Lubczyny, ale wiatr zdechł i w myśl zasady nigdzie się nie spieszę stanąłem sobie w urokliwym miejscu zwanym Zakątkiem, których jest na Golęcinie-Gocławiu bodajże cztery. Padło na Zakątek Orły.

Następnego dnia obowiązkowo popłynąłem do Szczecina zobaczyć zlot żaglowców. Co prawda Tall Ship 2021 został odwołany (Covid), ale było na czym oko zawiesić. Miejsce w marinie złapałem dosłownie w ostatniej chwili.

Pamiętajcie, zawsze trzeba mieć zapas stoperów do uszu firmy 3M (to nie jest reklama, lepszych nie znam). Nie wiadomo, czy trafi się na chrapiącego obok w koi czy na wyjące do 5 rano wesołe miasteczko i dzikie tłumy przewalające się przez okolice mariny (były też koncerty). Także na nic nie narzekający, wyspany i wypoczęty, pospiesznie oddałem cumy z tego jakże uroczego miejsca z zamiarem „dozwiedzania” Szczecina w innym czasie, co się wkrótce przydarzyło, ale o tym później. Czas spotkać się z przyjaciółmi, którzy odebrali już na Wolinie wyczarterowany jacht wątpliwej urody (wg mnie oczywiście) 🙂 i po wielu manewrach wprowadzających i zapoznawczych z łódką, skierowali się do Stepnicy, gdzie i Ja skierowałem dziób MarUli.

W Stępnicy mnie zastała, a drugą łódkę przywitała, przy wchodzeniu do kanału Młyńskiego, burza. Trochę przemoczeni, po pysznej kolacji i powitalnym wieczorku, następnego dnia zrobiliśmy skok do Nowego Warpna. Oczywiście znowu halsówka. Miasto takie trochę puste, trochę tak bez wczasowiczów, jakoś tak mało ludzi, generalnie myślałem, że to już wrzesień. Myliłem się. Grozę pustych ulic i braku jakiejkowiek bytności homo sapiens miałem doświadczyć dopiero w niemieckich miasteczkach. 😀

Następnego dnia wypłynąłem na zielony przestwór oceanu, gdzie MarUla nurzała się w zieloności, omijając na szczęcie ostrowy burzanu. Generalnie słabo to wyglądało, o kąpieli mowy być nie mogło. Na domiar złego po jakiejś godzince od wypłynięcia zaatakowały nas stada meszek w ilościach przypominających którąś z plag egipskich. Totalna flauta , silnik, i meszki, i upał i ta zielona – przekwitła woda. .. Słabo.. No ale gdzie my płyniemy ? Ano płyniemy do Usedom, miejscowości na wyspie Usedom czyli Uznam.

Niedaleko przed celem, trochę się rozwiało, nawet zdążyłem postawić foka. Ciężko jest znaleźć wejście do kanału płynąc zalewem z południowego-wschodu. Ktoś oznaczył wejście zieloną bójką na tle zielonych trzcin. Trzeba mieć oczy ornitologa, aby to wypatrzyć. Pierwsze niemieckie miasteczko na szlaku naszych wakacji. Marina nówka sztuka, niejeden morski port nie powstydził by się takowej. Natomiast ludzi troszkę mniej niż w Nowym Warpnie, ale jak na niemieckie miasteczko, tłumy. Aha, po raz pierwszy skosztowaliśmy tutaj matiasa w bułce, czyli Matias mit Brötchen. Dla mnie przepychotka.

Kolejny dzień zapowiadał się słonecznie i wietrznie i takim go zastaliśmy. Wypłynęliśmy wcześniej rano, bo mieliśmy ambitny plan zdążyć na otwarcie mostu, znaleźć fajną miejscówkę na mierzei niedaleko Koserowa i spędzić nad morzem więcej niż jeden dzień. Droga była długa, na koniec od morza bardzo się rozwiało oczywiście prosto w twarz i właściwie całe Achterwasser przepłynąłem na silniku. Za to stanęliśmy w cudownej, klubowej enerdowskiej przystani z najpiękniejszą sławojką jaką widziałem. Jedyny mankament, to brak wody na przystani, nawet malutkiego kranika.

Po dwóch dniach plażingu i zwiedzaniu Koserowa i okolic zerwaliśmy się skoro świt aby zdążyć na otwarcie kolejnego mostu. Tym razem w Wolgascie. Nie zdążyliśmy. 🙂 Dzięki temu zwiedziliśmy przepiękne miasteczko po polsku brzmiące Wołogoszcz. Na pewno tej nazwy używają wszyscy Niemcy. Miejski port godny polecenia oraz miejscowe kulturalne koty (nawet tak samo chodzą ubrane). Niedaleko portu budka z pysznymi matiasami i wędzonymi rybami.

Na drugie otwarcie mostu trafiliśmy bez przeszkód i z nurtem rzeki obraliśmy kierunek na Peenemünde z zamiarem zwiedzenia fabryki V1/V2 i obejrzenia wraku radzieckiego statku podwodnego. Fabryka zrobiła na nas przygnębiające wrażenie, co dopełnij jeszcze wrak statku i totalny brak zaplecza kulinarnego i musieliśmy pocieszyć się lokalnym piwem w knajpie, o dziwo, otwartej do 21 ! 🙂 Miasto Peenemünde zaliczam do drugiego najbardziej zaludnionego miasteczka po niemieckiej stronie. Wróciliśmy wesoło do mariny i […]

Tutaj nastąpił zwrot akcji, ponieważ druga załoga zaufała złowrogim prognozom Windy czy innemu Windguru i postanowiła nie płynąć dalej do Świnoujścia (co byłoby optymalne przy wietrze z N-W), tylko postanowiła wracać pod prąd w tym samym kierunku z którego przypłynęliśmy. … Cóż, płyniemy razem to płyńmy od początku do końca, chociaż czułem, że robimy błąd, przystałem na to. Górę wzięły decyzję niedoświadczonych żeglarzy, ale tak to często jest, gdy decyzje te zostaną mocno podparte argumentami pięknych połówek owych żeglarzy. Także cumy z polerów i nazad. Pod prąd. 🙂
Droga powrotna tą samą drogą ma to do siebie, że mijamy te same miejsca, czasami odwiedzając inne miejscowości. Tak było w przypadku miejscowości Lassan, do której dopłynąłem po pięknej jeździe w półwietrze na samym foku. Na drugim jachcie odbyły się małe harce przy źle dobranych żaglach (chciałoby się rzecz, a nie mówiłem), ale jakoś do Lassan dopłynęli. Tutaj oprócz przepięknej miejscowości zastaliśmy kompletnie puste ulice, przez co Lassan dostało laur zwycięstwa spośród totalnie wyludnionych niemieckich miejscowości. Widzieliśmy może w sumie z 20 osób, 3 samochody i jeden traktor. Wszystko zamknięte od 17 na cztery spusty. Środek wakacji. Dramat. Potem dowiedziałem się będąc w Międzyzdrojach, że wszyscy Niemcy siedzą w wakacje w Polsce nad morzem. W sumie logiczne i pragmatyczne.

W Ueckermünde spędziliśmy o dwa dni za dużo. Miejsce ładne, ludzi więcej niż w Nowym Warpnie, ale jeden dzień w zupełności by wystarczył. Staliśmy na dwóch miejscach gościnnych w ośrodku wypoczynkowym ze skierowanymi w naszą stronę spojrzeniami, wypoczywających na balkonach, sąsiadów zza Odry. Miasto warte zwiedzenia i chyba lepiej stanąć w marinie miejskiej.

Z Ueckermünde popłynęliśmy do Wapnicy, bardzo ładnie położonej mariny na jeziorze Wicko Wielkie. Niedaleko z miejscowości Lubin roztaczał się ze wzgórza piękny widok na wyspy wokoło Starej Świny. Złapaliśmy też z Wapnicy busa do Międzyzdrojów, aby przypomnieć sobie co oznaczają tłumy nad polskim morzem i las parawanów.

Spędziliśmy w Wapnicy bardzo miły czas i polecam to miejsce. Jednak trzeba powoli wracać na Wolin, gdzie pożegnam się z przyjaciółmi, żoną i synem. Kolejny tydzień będę pływał sam. A prognozy nie są za szczególne. Jest lekki dreszczyk emocji.

Po pożegnaniach, których nie było końca, zostałem sam z decyzjami, co dalej. Kamień Pomorski i Dziwnów, potem skok na Świnoujście i powrót w dół do Trzebieży? Brzmiało dobrze. Taki był plan, ale wiadomo, prognoza pogody wszytko wygumkowała. Poza tym spotkałem łódkę, która akurat z Dziwnowa przypłynęła i miała wcześniej taki sam plan co Ja. Po wystawieniu nosa z główek Dziwnowa szybko zawrócili i popłynęli w stronę Trzebieży zalewem. Gdzie i Ja następnego dnia skierowałem dziób MarUli. Oczywiście pod wiatr, pod duży wiatr. Niestety, zdjęć praktycznie brak, bo wiadomo, samemu. Do Trzebieży doleciałem bardzo szybko, gdzie spędziłem jedną dobę i przeczekałem całe zło, które nadeszło z N-W. Kolejnego ranka, myśląc, że już po wszystkim, popłynąłem na południe w drogę powrotną, nie spiesząc się. Na małym foku, na szczęście. W okolicach przed Policami złapała mnie burza i tak silny wiatr, że Marulę przechylało na półwietrze jakby pod pełnymi żaglami szła w 4B. Dwie godziny jazdy z przyjmowaniem na twarz wszystkiego, co wcześniej w zalewie zakwitło, urosło i przekwitło. Byłem cały przemoczony. Po wpłynięciu na Odrę , a potem na Babinię, wiatr trochę zelżał, burza poszła na wschód, a Ja zacząłem szukać gdzie najszybciej i najlepiej stanąć. Wpłynąłem na jezioro Dąbie przez Wodny Róg i zaraz za rogiem między Mewią a Kaczą wyspą znalazłem pomost, do którego przycupnąłem na chwilę, a że było spokojnie i cicho i nikt mnie nie wyganiał, zostałem do rana. Następnego dnia przeczytałem, że na wejściu w główki portu Darłowo rozbił się niemiecki jacht. Na szczęście nikomu nic się nie stało…

Jeszcze przed głównym uderzeniem …

Od tej pory zaczęła się spokojna żegluga, może ze względu na silny wiatr trochę za szybka, ale lepsze to niż na silniku. Także dotarłem do Centrum Żeglarskiego dzień wcześniej niż planowałem. Powróciła do mnie małżonka expresem W-wa -> Szczecin i postanowiliśmy pozostały czas, ostatni weekend naszych wakacji, wykorzystać na zwiedzanie Szczecina, który wcześniej widziałem tylko z karuzeli wesołego miasteczka. Ostatniego dnia Marula wyszła z wody i pojechała do domu… i tak zakończyłem kolejne wakacje pod żaglami. Wstępne plany na przyszły rok już się klarują, ale co z nich wyniknie ? Zobaczymy. 🙂

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 52 prace wykończeniowe cd..

Ostatni tydzień września tradycyjnie spędziłem na Bałtyku. W tym roku oprócz Bornholmu odwiedziłem Rugię. Nie wiem, dlaczego wcześniej omijałem ten akwen, ale teraz wiem, dlaczego buduję swoją łódkę. Jest idealna na te rejony. Dla „ułatwienia” pływaliśmy pod lokalną banderą  🙂

Wiem, że o balaście już jakiś czas temu było. Jednak czas do niego wrócić, bo trzeba to teraz na stałe przykręcić i wreszcie o nim zapomnieć. A że jest to kawał ołowiu, to i prace idą powoli.

Najpierw przesunąłem całą łódkę maksymalnie do tyłu, odstęp między ścianą a rufą zwęził się do 70 cm – wystarczy, aby przejść. Tym samym łódka stanęła tam, gdzie zaprojektowałem konstrukcję do jej podnoszenia, gdzie 4 wyciągarki łańcuchowe postawią ją na przyczepie. W trakcie przesuwania łoża spadła guma z dwóch kółek na których była podparta. Generalnie to te kółka to straszne dziadostwo i chyba lepsze są kółka mniejsze i plastikowe (może kiedyś to sprawdzę). Ostatni etap przesuwania (ten bez kółek) był dość zabawny, bo robiliśmy to metodą „egipską”. Mianowicie łódkę przesuwaliśmy po 5 cm po nasączonych olejem drewnianych klockach i co zadziwiające, szło to dość prymitywnie, ale skutecznie !!. Gdy łódka stanęła na swoim „nowym” miejscu ukazał się obraz, który od razu skłonił mnie do gruntownych porządków, które zajęły mi ładnych kilka godzin. Teraz przynajmniej można śmiało zapraszać gości. 🙂

Potem zdjęliśmy balast i na bok z nim. Najpierw jedna strona – trochę szlifowania szczotką drucianą, trochę pracy z dłutem, a że miejscami balast był nierówny, to na końcu trochę szpachli zrobionej z E601+IDA+TFF+Ziemia okrzemkowa. Potem na drugiej stronie to samo. Na końcu pomalowałem balast jedną warstwą farby epoksydowej Bosman 77. Po wyschnięciu przyszedł czas na mocowanie. Siedem śrub fi-12 + szerokie podkładki + Sika 295. Teraz wisi i schnie. Ostatnia rzecz to pomalowanie go tak jak reszty, czyli na czerwono antyporostówką.

P.S.

Przy okazji, że obok stoczni rośnie piękne winogrono żal było je zostawić dla szpaków. Także na czerwiec będzie czym świętować wodowanie. 🙂