MarUla – tak się będzie nazywać cz. 20

Wracam do tematu. 🙂

Rozpoczynałem listwowanie w maju. Łudziłem się, że 3 miesiące i będzie po sprawie. Harmonogram był zbyt optymistyczny i wyrzuciło mnie na koniec września. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jak do tej pory nie było bardziej upierdliwej czynności. Był taki tydzień, że naprawdę miałem dosyć. A że nieszczęścia chodzą parami to wszystko dopełniłaby powódź, która gdyby nie tata Marcina, zniszczyłaby na pewno helling i pozostałe listwy i to byłby na pewno dla mnie chyba gwóźdź do ….

Po odejściu wody…

Najważniejsze to znaleźć na wszystko sposób, który wynika z ludzkiego lenistwa z którego powstaje wiele wynalazków. Ja odkryłem kilka metod dociskania, ściskania, przykręcania bez pomocy dodatkowej osoby. Bo z tą budową to trochę jak z biegiem maratońskim, biegniesz sam, czasami ktoś pomaga, ale reszta należy do Ciebie… Ale pojechałem z metaforą. 🙂

Także gdy wszystko wróciło do normy prace poszły dalej. Wyczytałem w jednej książce, że można zakończenie zrobić na zasadzie dekla. Dla mnie to akurat była dobra myśl, bo coraz trudniej kładło mi się listwy wzdłuż skrzynki mieczowej, a powierzchnia był już płaska. Przemyślałem temat i postanowiłem to zrobić. Odrysowałem od dołu brakujący kształt, skleiłem E-5 z kilku listew „blat”, przeniosłem kształt i wyciąłem. Po kilku przymiarkach przykleiłem i przykręciłem, trzyma się super.

No i się skończyło listwowanie 🙂 🙂 !@#^&#^!#$**^$#$ 🙂

Przyszedł czas na przygotowanie powierzchni pod falszlkik , czyli generalnie szlifowanie. Te klocki poniżej pomagały ustawić właściwy poziom i szerokość na poszczególnych buksztelach. Najciężej było wyrównywać powierzchnię przy skrzynce mieczowej – pamiętam, że zeszła się cała sobota.

Falszkil zacząłem przygotowywać od tyłu zdejmując krzywiznę z wyszlifowanego kadłuba.

Następnie na jednym grubym kawałku drewna odrysowałem wymiar, Marcyś wziął temat na siebie i ręczną piłką, bardzo powoli wyciął kształt. Następnie prawie przez cztery godziny coś tam jeszcze doszlifowywaliśmy, dopasowywaliśmy, aż efekt był zadowalający.

Tu jeszcze przymiarki, uciekał nam trochę poziom na prawą burtę. Ale powolutku doszliśmy do końcowego efektu.

 

Przygotowanie kolejnej warstwy (tej najdłuższej):

I przymiarka kolejnych warstw:

To od tyłu. Od przodu laminuję dziób in-situ wykorzystując 5 mm paski merbau’a (zrezygnowałem ze sklejki). Na razie mam już dwie warstwy, pozostało 8. (Tu widać co prawda jedną :), ale druga jest już na miejscu i kolejna się już klei).

No i na koniec. Wlazłem pod łódkę, aby wyciągnąć kostki ołowiu i zrobiłem przy okazji fotkę kokpitu z widokiem na rufę (tam będzie silnik w studzience – słaba jakość, bo to telefon…).

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 19 – nie zawsze musi być na temat :)

Minęły cztery „szybkie” miesiące od czasu ostatniego wpisu. Jest o czym pisać, a więc po kolei.

Lipiec upłynął po znakiem długich wakacji. Trzy tygodnie tęsknoty za stocznią (to jest już chyba choroba), spędziłem na południu Portugalii we wsi Manta Rota. Tam sympatyczny anglik wynajął nam domek i oddaliśmy się „nic-nie-robieniu” przerywanym wycieczkami samochodowymi w różne ciekawe miejsca. Zaczęliśmy od zobaczenia morza (przepraszam, oceanu). Stwierdziliśmy, ośmieleni wspaniałym portugalskim winem (Marquez de Borba), że najlepiej zobaczyć ocean o zachodzie słońca. Nie przewidzieliśmy dwóch rzeczy. Pływów, które cofają ocean o 3,5 metra w pionie ok 20.00 oraz tego, że to nie Bałtyk, i zachód tu to nie po tej stronie. 🙂 Po radosnym odkryciu faktu zmiany kierunków geograficznych, niestrudzenie wędrowaliśmy  w stronę oceanu (był właśnie największy odpływ) piękną, piaszczystą plażą, która przy odpływie miała chyba z pół kilometra  szerokości !!! Dzieci, gdy zobaczyły takie morze piasku stwierdziły, że jest tu jak w Karwi, a morze nad Bałtykiem cieplejsze. 🙂  No nieźle k…, pomyślałem sobie (a może powiedziałem), tyle kilometrów, samoloty, przejazdy tylko po to, aby mieszkać w wiosce nad brzegiem piaszczystej plaży gdzie ocean jest zimniejszy od Bałtyku ?? Musieliśmy to rozważyć i zmierzyć się z wewnętrznym niepokojem jeszcze raz wieczorem przy butelce wina (oczywiście Marquez de Borba). I wtedy poczułem ulgę. 🙂 Siedzieliśmy przy tej butelce (butelkach) prawie do rana w samych kąpielówkach rozmawiając i myśląc co z tym fantem zrobić. I nagle dostaliśmy olśnienia, że tu nie jest jak nad Bałtykiem !!! Bo po pierwsze primo jest tu ciepło przez 24h (obiektywnie, bo mnie jest wszędzie ciepło, ale moja żona-zmarźluch potwierdziła to założeniem o 2 w nocy tylko dodatkowej koszulki z krótkim rękawem), po drugie secundo jest tu pyszne i tanie wino, po trzecie tercio jest tu przepyszne jedzenie (nie jakieś tam mrożone  smażone flądry w grubej jak podeszwa panierce śmierdzące starym olejem), a nasza plaża w Manta Rota jest wybrykiem natury pośród  klifowego wybrzeża rejonu Algarve (co potwierdziły nam przewodniki i potem sami się przekonaliśmy). Odkryliśmy też w naszej wiosce  targ z owocami morza, gdzie można było kupić za niewielkie pieniądze wszelkiego rodzaju skorupiaki łącznie z ostrygami oraz większość znanych w kuchni głowonogów – i to po czwarte ultimo 🙂 🙂

1. Wino – wytrawne, czerwone, szczep Alentejo – no dla mnie po prostu czysta słodycz, zapach czarnej porzeczki, wyczuwalna nutka wanilii, delikatne, lepiej smakuje lekko schłodzone, w smaku nie czuć alkoholu, próbowałem tam wiele win (i tych z wyższych półek), ale to wino mi odpowiadało najbardziej – cena w zależności od sklepu od 3 do 5 Euro. Reszta wycieczki gustowała w Porto Tawny.

2. Jedzenie

Rano wiadomo, pyszna kawa za 0,50 centów w jakieś zaspanej kafejce w drodze na bazarek po owoce morza lub tak po prostu. Około południa też kawa, ale z przystawką. Przystawką są malutkie ślimaki (Caracoish) gotowane w białym winie z czosnkiem, oregano, kolendrą i pietruszką. Są malutkie, ale przepyszne.  Nawet dzieci w nich gustowały (szczególnie najmłodsze). Potem siesta, ale przed sjestą trzeba już pomyśleć o kolacji i zarezerwować stolik, bo inaczej ciężko coś znaleźć. Generalnie jeżeli wieczorem w jakiejś knajpie w rejonie nadmorskim są wolne miejsca od reki to jest to słaba knajpa i takie omijaliśmy. 🙂 Co do cen, to kolacja składająca się: z czterech win białych i 4 czerwonych, dużej ilości wody, 12 dań rybnych z frytkami/ziemniakami lub owocami morza, z 12 przepysznymi deserami (uwaga, bardzo słodkie) , wynosiła nas ok. 100-120 Euro na 12 osób (6 dorosłych/6 dzieci). Poza tym staraliśmy się oczywiście sami gotować. W drodze wyborów powszechnych  ta czynność przypadła mi począwszy od zakupów skończywszy na efekcie końcowym (nie protestowałem, inny musieli zajmować się dziećmi 🙂 – demokracja, głupcze 🙂 ). Dwa razy zrobiłem spaghetti owoce morza z duuuużą ilością tego drugiego oczywiście prosto z targu (nauczyłem się obierać mątwy, ośmiornice i kałamarnice), a że mieliśmy duży grill to dwie kolacje to grillowana jagnięcina wcześniej marnowana w oliwie, ziołach, czosnku z sosem worchester (chyba tak to się pisze) pomieszanym z sosem balsamicznym. Dodam tylko, że w obu przypadkach koszt zakupów nie przekroczył 50 Euro razem z winami.  Poniżej kilka fotek poglądowych najpopularniejszych potraw najpierw tych z restauracji , a na końcu moje dzieła 🙂 🙂 , wszystkie opinie subiektywne, wiadomo, gusta.

1. Dorsz zapiekany (Bacalhau) – średni, ale warto spróbować

2. Cataplana – tutaj co knajpka to co innego, takie ratatui z owocami morza i gotowaną rybą, z warzywami, z ziemniakami lub ryżem, dlatego kilka fotek. Cataplana to też nazwa naczynia, przypominającego spodek kosmitów, w różnych rozmiarach (te mniejsze rozmiary widziałem w polskich knajpach z portugalskim jedzeniem, te duże rozmiary widziałem w Portugalii).

3. Zapiekana ośmiornica – Polvo – z pieczonymi ziemniakami i z dużą ilością czosnku, oliwkami i oliwą –  – dla mnie mój pierwszy nr 1.

4. Sardynki – Sardinas – był nr 1, to musi być też druga strona tabeli. Potrzeba kocich umiejętności, aby to zjeść nie zadławiając się ośćmi. Dla cierpliwych lub dla wprawionych wędkarzy którzy gustują w leszczach. 🙂 Generalnie odradzam.

5. Robalo – Europejski Seabass – drugi nr 1. Zawsze miałem dylemat co wybrać. Bez panierki, tylko obtoczony ziołami i czosnkiem. Rewelacja !!!

6. Kałamarnice – Lula, bardzo smaczne, na pewno są w czołówce dań. Smak nadaje im genialnie przyprawiona oliwa w której są pieczone. W czasie jedzenia pamiętać, aby wyjąć kręgosłup, przypominający w wyglądzie i właściwościach kawałek plastiku (natura dawno już go wymyśliła..)

7. Przystawki – każdy rozpozna co jest na zdjęciu, dobre na pierwszy głód.

8. Niestety mam tylko zdjęcia spaghetti, widocznie jagnięcina tak szybko poszła, że nikt nie zdążył zrobić zdjęcia. 🙂

9. A na koniec deser…

To tyle o kulinarnych podbojach Portugalii. Poza tym zwiedziliśmy wszystkie ciekawe miasta Algarve, pojechaliśmy na przylądek św. Wincentego, gdzie nasz wiatr halny to lekki zefirek w porównaniu z tym co tam się działo, pojechaliśmy do Sevilli w Hiszpanii, serwując sobie zwiedzania miasta w samo południe, co tylko potwierdziło, że Sevilla jest najcieplejszym miejscem Hiszpanii, ale warta zobaczenia w każdą pogodę. Koniecznie musieliśmy zobaczyć słynne klify i plaże pod nimi w Carvoreiro – cudowne formacje skalne utworzone przez erozję z ciekawymi strefami dla plażowiczów, gdzie większość miejsca jest oznaczone jako „danger area” – tam oczywiście większość ludzi odpoczywa przed upałem, jak to ludzie. 🙂 I na końcu kilka dni w Lisbonie – na mnie największe wrażenie zrobił klasztor Hierominitów w dzielnicy Belem, a z dzielnicy Baro Alto nie chciałem wracać do hotelu. Polecam oczywiście wycieczkę żółtym tramwajem, tylko nie wychylać się za bardzo, bo w dzielnicy Alfama można rusztowaniem centralnie dostać w głowę. 🙂

No i na koniec bez odwiedzenia największego w Europie oceanarium nie należy wyjeżdżać z Lisbony. Dzieci są zauroczone, a i dorośli często zapominają, że są z dziećmi. 🙂 Polecam.

To tyle, trochę nie na temat, ale czasami taki off-top dobrze robi. 🙂

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 18 – a zrobiłem sobie gardę do stopy gafla jako przerywnik od listwowania :)

Jak zwykle mam mało czasu. Moralniak mnie męczy, że przez ostatnie dwa tygodnie za mało poświęcałem czasu mojej „udce”. A wakacje tuż, tuż i przez 2 i pół tygodnia będzie samotnie na mnie czekała, a Ja będę „nie robił nic”. Siedział i „odpoczywał”, trochę mnie to przeraża…. Jakoś to będzie. 🙂

Co prawda zamknąłem wreszcie rufę i idę, jak ja to sobie mówię, „do góry”, ale zaraz dzwoni żona z pytaniem „gdzie jesteś” i „o której wrócisz” 🙂 Cóż, taka karma.

Dla pocieszenia chyba samego siebie w swoim małym warsztacie zrobiłem gardę do gafla. Pociąłem 22 szt. 3-mm paski ze sklejki sapeli (550×65) – po 11 na każdą stronę gardy. Przygotowałem z drewna „kopyto” z radiusem 33 cm, bo garda jest zaokrąglona. Kopyto zacisnąłem w imadle, Epidian + PAC, smarowanie x 20, profilowanie zaciskami, schnięcie, odrysowanie profilu z brystolu, który jak zwykle przygotowała mi córka, wycinanie na banzedze, mały szlif i po trzech wieczorach garda była gotowa. Lewa trochę mi nie wyszła, jest nieznacznie cieńsza, bo podczas wycinania piła trochę zjechała mi z linii.  Na razie niech tak zostanie. 🙂 Jak to powiedział pingwim z Madagaskaru „z takimi stratami mogę się pogodzić” 🙂 Teraz garda czeka na swój gafel. 🙂

Kilka fotek poniżej.

– sklejone paski sklejki– przymocowanie brystolu co by nie uciekał

– coś tam się odrysowało 🙂

– na gotowo

– a tutaj idę od rufy „do góry”

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 17 listwowanie, listwowanie, listwowanie……

Listwuję i listwuję. Czasami dla rozrywki trochę poszlifuje.  Doszedłem już do linii wodnej i nie muszę tak dokładnie dopasowywać listewek jak powyżej linii, gdzie będzie widoczne listwowanie. Bardzo dobrze sprawdza się pneumatyczna gwoździarka. Generalnie nie mogę już na te listewki patrzeć. 🙂 Zauważyłem, że czynność wielokrotnie powtarzana z jednej strony staje się żmudna, jednak z drugiej strony większość wykonywanych przy tej czynności ruchów staje się naturalna :),  jak oddychanie. 🙂 Już nie zastanawiam się co mam robić jak przyjeżdżam do „stoczni”, a podczas listwowania nie dociskam już jedną ręką listwy, prawą nogą nie staram się sięgnąć po wiertarkę, ustami nie próbuję wyciągnąć śrubki ze słoika, a wzrokiem nie próbuję przyciągnąć zacisku. 🙂 🙂

Gdy tylko zrobiło się cieplej (po zimnej Zośce), odstawiłem klej West i  od razu przeszedłem na Epidian 5 + PAC + zagęszczacz. Dlaczego ? Ponieważ można dodać zagęszczacza, dzięki czemu klej nie spływa tak szybko jak West. Poza tym szczeliny są idealnie wypełniane. Epidian odmierzam już „na oko”. Wprawa :). Do dociskania używam pasów, małymi zaciskami kontroluję, aby kolejna listwa nie odchodziła po długości od poprzedniej. Następnie w ruch idzie gwoździarka, przykręcam każdą listewkę do wręgi , potem idę na drugą burtę i po godzinie wracam i kładę następną listwę. Generalnie stale brakuje mi czasu, ale jakoś idzie…

Kilka fotek z przebiegu prac (są tak samo monotonne jak listwowanie) 🙂

Te listwy na łódce to odkładane super-krzywe i sękate, ale nigdy nie wiadomo do czego się mogą jeszcze przydać. 🙂 Ciągle mam wizję, że zabraknie mi 10 listewek. 🙂

Posprzątałem listewki, bo zaczęły przeszkadzać. Trochę się tylko zmartwiłem, że jeszcze TYLE zostało 😦 .

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 16 listwowanie cd….

Przeszedłem na tryb pracy „codzienny” za to mniej intensywny. Stwierdziłem, że położenie jednego dnia jednej listwy z lewej i jednej z prawej burty zupełnie wystarczy, ponieważ lepiej jest poczekać, aż do następnego dnia wszystko wyschnie, niż potem usuwać nieoczekiwane niespodzianki. Do tej pory natrafiłem na dwie (jedna banalna, druga mniej):

1. połączenie listew –  po przeczytaniu bloga kolegi z Tajlandii, który też robił identycznego Meabana, zrezygnowałem z ukosowania listew jako za bardzo czasochłonne i zacząłem łączyć je pod kątem 45 st. (super trzyma, wygodnie się kładzie, jedyna różnica, to  że widać pochyłą kreską zamiast pionowej :)), zdjęcie poniżej.

2. ułożenie listew na rufie i przedostatniej wrędze od strony rufy – musiałem zachować proporcje miedzy trzema rzeczami – zachowanie zaokrąglenia i mocnego ukosu przedostatniej  wręgi, zachowanie zaokrąglenia i ukosu rufy i do tego między listwami nie może być żadnej szpary (uff, trochę 🙂 ciężko to wytłumaczyć, ale mam nadzieję, że się udało). No i najważniejszy diabeł, że listwy to przecież prostokąty !!@#$%@$ 🙂 Głównie z tej przyczyny postanowiłem kłaść po jednej długości listwę z obu stron. Jak dojdę do ok. 20-tej  listwy (tak mi wyszło z wyliczeń), to już poleci. Otwory po wkrętach kołkuje wałkami-ósemkami, wklejając je na klej West (zawsze trochę gęstego na dnie miski zostaje). W paru miejscach w ramach „ciekawskiej próby” przejechałem taśmówką z papierem 60’ką  i jak na razie wychodzi pięknie. 🙂

Z rzeczy niedrewnianych, to wyczyściłem półkluzy kupione na szkutnikamator.pl od Jacka Ewentowskiego, a tata zrobił mi trochę szpei z nierdzewki:

I na razie tyle. 🙂

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 15

Zacząłem wreszcie listwowanie. Z racji, że listewki mają długość 4 metry/22mm/15mm, łączymy je na szczęście w jednym miejscu. Okazało się, że rufę trochę za bardzo zukosowaliśmy i powstawałaby za duża szpara, ale lekki szlif przed położeniem listewki pomaga. Listewki przykręcamy nierdzewkami bezpośrednio do bukszteli uprzednio nawiercając cienkim wiertłem i smarując klejem West, a same listewki dodatkowo łączę ze sobą nierdzewnymi sztyftami używając do tego pneumatycznej gwoździarki. Do przyklejenia jednej listwy zużywam 40 ml żywicy. Odległość pomiędzy sztyftami zachowuje zgodnie z tym co przeczytałem w fachowej literaturze. Poniżej załączam kilka skanów tych materiałów. Dodatkowo wykonałem także zgodnie z literaturą kilka „pomocników” potrzebnych do odpowiedniego naprostowania  listewek gdy będzie ich więcej, tzw. U-zaciski.

– Bardzo ciekawa książka, niestety dostępna tylko w Anglii na Amazon.com. Wiele ciekawych rad wraz z opisami.

Kilka rad z w/w ksiązki:

– „U-zacisk” (ja zrobiłem z litego drewna, bo sklejki akurat nie miałem)

– sugerowana odległość sztyftów przy listwowaniu, tak jest w teorii, w rzeczywistości ciężko spamiętać, gdzie pod spodem jest wbity sztyft

I kilka zdjęć z postępu prac:

– pierwszy wieczór (robiłem sam i wychodziło jedna długość na godzinę, czyli poniżej widać 4 godziny)

– po dwóch wieczorach są już cztery listwy z każdej strony, razem osiem 🙂